image
image


Hem
Om ICF
Medlemsföreningar
Press
Filmfestivaler
Vĺra hedersgäster
Länkar
Kontakta oss

 


 


WYJECHAC ZE STRZEGOMIA

Leo Leszek Kantor *

Sa miasta, w których stale jestesmy, mimo ze od dawna w nich nie mieszkamy

Sa takie miasta, z których wiekszosc mieszkanców chcialaby wyjechac. To miejsca, w których wcale nie warto sie zatrzymywac. Nie dlatego, ze nie maja jakiegokolwiek znaczenia, czy nie pochodzi z nich ktos wazny, ale z tego powodu, ze niewzruszenie tkwia w swojej skromnej codziennosci. Taki jest Strzegom. Miasto na Dolnym Slasku, 56 kilometrów od Wroclawia.

Niemcy bronili Strzegomia zaciekle, bo w jego okolicach znajdowac sie miala tajna fabryka amunicji, bez której Hitler nie móglby sie obejsc. Na szczescie nie obronili. Po wojnie przybyli tu, nie z wlasnej woli raczej, ludzie z Kolomyi, Pinska, Stanislawowa, Lwowa, Wilna, Drohobycza. Do nich dolaczyli powracajacy z Syberii, Kazachstanu i Uralu, a nawet z samej Francji. Razem z nimi przybylo pare setek uratowanych z Holocaustu rodzin zydowskich. Juz niewielu z zyjacych Niemców, którzy opuscili Striegau w 1946 roku, pamieta swoje ogródki pelne drzewek owocowych i krzakow agrestu. Od czasu do czasu przyjezdzaja jednak do miasta, aby sie z nim jeszcze raz pozegnac i szybko wyjechac. Zolnierze radzieccy wyprowadzili sie ze Strzegomia dopiero na usilna prosbe Lecha Walesy. Nawet prywatnie nie odwiedzaja juz miasta.

Maki, wisnie i pianino

Do Strzegomia dotarlem na wiosne 1946 roku. Mialem wtedy szesc lat. Jechalismy wagonami towarowymi z Jeketerinburga, w ramach repatriacji, przez ponad miesiac. Pamietam strach i niewygody tej jazdy. Ostatnie wagony odczepiali bandyci, pociag ruszal, a ostatni wagon - przeznaczony przez Boga i przez bandytów do grabienia i zabijania - zostawal gdzies po drodze. W wagonach z piecykami, z rura przez dach rodzily sie dzieci, stekali starcy, slychac bylo placz i klótnie malzenskie. Niektórzy modlili sie w strone Izraela - jak to robili nie wiem, bo pociag czesto skrecal. Jidisz mieszal sie z rosyjskim, potem mówiono po polsku, ale akcent rosyjski w ich polskiej mowie pozostawal do konca zycia. Na stacjach biegalo sie po wrzaca wode, znany wszystkim wracajacym z Syberii kipiatok. Nigdy nie bylo wiadomo, kiedy pociag stanie, a kiedy ruszy. Opowiadano, ze ludzie zbierali pieniadze dla maszynisty, zeby jechal dalej, bo nieraz transport z repatriantami potrafil stac trzy dni w szczerym polu. Worki z suszonym chlebem, cos w rodzaju sucharów, stanowily podstawe wyzywienia. Dzieci kapano w malych, ocynkowanych wanienkach. Za potrzeba wyskakiwalo sie z wagonu, niektórzy biegli z gaciami w rekach, gdy parowóz gwizdal na odjazd.

Miasteczko przywitalo mnie kwitnacymi kasztanami, chabrami i makami. Porównywalem potem kolor tych maków w Hiszpanii, pólnocnych Wloszech, Portugalii, ale nigdzie nie mialy one tak intensywnej czerwieni, a ich roztarte miedzy palcami platki przypominajacego tak charakterystycznego zapachu najlepszego makowca na rumie. Przy drogach rosly czeresnie - pokazcie mi gdzies na swiecie drogi obsadzane czeresniami. Matka wziela mnie za reke i poszlismy do ogródków dzialkowych, pieknie zadbanych, gdzie zjadlem po raz pierwszy w zyciu czerwone porzeczki i spróbowalem smaku wisni nazywanych szklankami. Posadzilem w moim ogrodzie pod Sztokholmem krzaki porzeczek. Kazdego roku kiedy dojrzewaja, mysle o tych, które pokazywala mi moja piekna matka rok po wojnie, w ogródkach pod Góra Krzyzowa, niedaleko zrujnowanych w 70 % przez wojne domów Strzegomia.

Niemcy opuszczali miasto. Zostawiali posprzatane mieszkania z naczyniami poukladanymi na swoich miejscach w kredensach ze szklanymi drzwiczkami. W naszym mieszkaniu bylo pianino, na scianach wisialy obrazy olejne. W piwnicach tez byl porzadek - sanki, narty i lyzwy przechodzily teraz na wlasnosc dzieci Holocaustu.

Zanna, pocalunek na schodach

Zydzi szybko sie zorganizowali. Nastapilo polaczenie zydowskiej przezornosci i potrzeby odbudowania swego zycia znowu z polska pokora i zgoda na to, co Pan Bóg da i wladza pozwoli. Z nadzieja na troche lepsze czasy. Powstaly trzy spóldzielnie zydowskie- takie sredniej wielkosci- po kilkuset zatrudnionych, zaklady trykotazu, mebli i wyrobów krawieckich, w których produkowano meble, szyto plaszcze i koldry, robiono swetry. Nie pamietam, zeby istnialy jakies zydowskie sklepy, te prywatne, byly polskie. W pierwszej cukierni "Roma" na Rynku cukierek kosztowal 50 groszy. Cukiernia pachniala miodem i wanilia.

Mój ojczym, podoficer Wojska Polskiego, zaadoptowal mnie jeszcze w Jekaterinburgu - mój prawdziwy ojciec zginal w pierwszych dniach wojny, gdzies pod Charkowem. Grzegorz Kantor uratowal sie cudem z bitwy pod Modlinem niedaleko Warszawy. Wymordowano mu cala rodzine w getcie w Kolomyi. Cale zycie nic nie mówil o czasach swojej mlodosci. Wspomnial tylko raz, ze jego oddzial pod Modlinem otoczyli Niemcy. W swoim oddziale znalazl dziesieciu Zydów, jako podoficer Wojska Polskiego obawial sie o swoje zycie. Zydzi staneli - jak opowiadal - przy drzewach i pomodlili sie w strone Jeruzalem. Ojciec byl pewny, ze ta modlitwa uratowala mu zycie. Niemcy wzieli polskich zolnierzy do niewoli i wywiezli ich do pracy - do Bawarii, na poludnie Niemiec - w gospodarstwach rolnych. Niemieckim bauerom przydzielono do pracy na roli po dwóch zolnierzy. Ojciec uciekl - znal dobrze niemiecki i pieszo poszedl w strone rosyjskiej granicy. Wyslano go do pracy do fabryki czolgów kolo Jekaterinburga ze wzgledu na jego techniczne wyksztalcenie. Nie wiadomo, co zrobiono z jego polskim kolega. Mozna sie tylko domyslac, bo byl nauczycielem. Na Uralu Grzegorz Kantor spotkal moja owdowiala mame i po wojnie nie chcial byc w Rosji minuty dluzej niz bylo to konieczne. Zabral mnie i moja mame do Strzegomia.

Zamieszkalismy w dwupietrowej kamienicy, przy ulicy Marszalka Roli Zymierskiego 33, nazwanej potem Feliksa Dzierzynskiego, dzisiaj zas Paderewskiego. Kiedys, za Niemców, ulica nazywala sie Wilhelmstrasse. W Archiwum Slaskim w Adressbuch der Stadt Striegau mozna sie dowiedziec, ze pod tym adresem mieszkali m.in. kupiec Bruno Kaufmann, nauczyciel Ferdinand Fuchs, Inzynier Paul Rochrbach, szewc Otto Steuer, inspektor podatkowy Paul Walter, dwie wdowy i panna Agnes Schrimer. Po nich zamieszkali tam: religijny Zyd Lebenbaum, bez zawodu z zona Ida, tez bez zawodu i piekna córka Chaja. A takze krawiec Krymko z zona Raja i trojgiem dzieci oraz mechanik w fabryce trykotazy - pan Kornfeld z zona, niebywalej pieknosci, Rosjanka Irina Stepanowna.

Najwieksze mieszkanie mial prokurator wojskowy, który zawsze nosil przy sobie pistolet pan Goryn z córeczka Zanna. To te dziewczynke z dwoma warkoczykami pocalowalem po raz pierwszy w zyciu - na schodach. Ona chciala sie ze mna calowac , gdy wyjezdzala z ojcem i matka do Izraela w 1948 r. Do ich mieszkania wprowadzila sie potem pierwsza polska rodzina, w której Pan Bogdan (nazwiska dzis nie pamietam ) pracowal jako oficer w jakims pobliskim obozie karnym i chodzil w szarym mundurze, czasem nosil przy sobie karabin.

Debaty pod latarnia
Ojciec, wraz z polskimi robotnikami, pracowal przy odbudowie fabryczki mebli. Znal sie na obsludze pil tasmowych i tarczowych, a i heblarki i strugarki nie byly dla niego problemem. Natychmiast tez zaczal budowac dom modlitewny - bóznice, jak ja nazywal. Budowal ja z kilkoma Zydami w pokojach na parterze naszej kamienicy. Byl czlowiekiem bardzo religijnym, codziennie po pracy czytal Biblie lub chodzil bez slowa po mieszkaniu, tam i z powrotem, pograzony w jakichs bardzo glebokich rozmyslaniach. Wygladalo na to, ze tak naprawde nigdy do Strzegomia nie przyjechal i tak jakby byl tutaj nieobecny. Matke pamietam ciagle zaplakana i w nostalgii za swoim pieknym Charkowem, miastem parków, wyzszych uczelni, muzyki i teatrów. Jej placz ciagnie sie za mna przez cale zycie. Po wojnie, na poniemieckim pianinie marki Seiler, które stalo w naszym mieszkaniu, grala rosyjskie romanse. Latem ludzie przystawali pod otwartymi oknami naszego mieszkania, które bylo na pierwszym pietrze, i sluchali.

Pod koniec lat 40. w Strzegomiu byla juz zydowska szkola podstawowa, przedszkole, zlobek, zydowski teatr amatorski, w którym grala moja mama, biblioteka, dom kultury, laznia, która nazywano parówka, wreszcie osrodek zdrowia. Byl takze jakis komitet zydowski, ale mój ojciec nigdy tam nie poszedl. Pewien dosc stanowczy facet ciagnal tam Zydów na jakies partyjne zebrania. Mój ojciec mówil, ze to glupek, który nie przychodzil do bóznicy nawet na najwazniejsze swieto zydowskie Jom Kipur swieto Sadnego Dnia kiedy wszyscy Zydzi dokonuja rachunku sumienia, odmawiaja modlitwy pokutne, wybaczaja doznanych krzywd, modla sie za zmarlych i za uniewaznienie wszystkich niedotrzymanych zobowiazan czlowieka wobec Boga i wznosza modly pokutne pokutne proszac o wybaczenie wyrzadzonych komus krzywd. Zydzi strzegomscy, zamiast chodzic na te zebrania, do pózna w nocy rozprawiali zywo o polityce - pod gazowa latarnia u zbiegu ulic Boleslawa Bieruta 2 i Roli Zymierskiego 33. A facet, który naganial ich na zebrania , potem szybko wyjechal z rodzina do Warszawy i tam zrobil kariere partyjna.

W 1946 roku Strzegom oferowal wielkie ilosci cegly na odbudowe stolicy. W ten sposób nasze miasto nie tylko przysluzylo sie ludziom zywym i ocalalym po wojnie, ale tez oddalo hold historii Polski i Szwecji, bo Kolumne Zygmunta III Wazy w Warszawie wykonano z granitu strzegomskiego.

A jednak czasy nie byly dobre dla miasta. Przez dziesiatki lat wladzy ludowej Strzegom, jak wiele miast na Dolnym Slasku, stopniowo zapadal sie ze wstydu, jakby nie chcial lub nie mógl pokazac swojego blasku. Ocalone fragmenty ulic stawaly sie pod wladza ludu smutna prowizorka, a szara tymczasowosc zwyciezala na calej linii. Tylko ratusz na rynku i kosciól zaswiadczaly o dawnej urodzie znanej z niemieckich widokówek. Takze natura dlugo stawiala opór wladzy, ale w koncu i piekny park u podnóza Góry Krzyzowej zostal zabudowany monotonnymi domami i juz tylko rzeczka Strzegomka plynela, szemrzac i glaszczac plaskie kamyki na dnie, jakby nie zdajac sobie sprawy z tego, kto tu rzadzi. Magnolie jak gdyby nigdy nic zakwitaly kazdej wiosny, a na ich kwiaty czekali mieszkancy Strzegomia, nie zwazajac, ze zapach magnolii moze spowodowac zawroty glowy a nawet przyczynic sie do omdlenia. Mimo odurzajacego piekna magnolii Strzegom stawal sie coraz bardziej markotny. Kamienice zamienily sie w kwaterunki, mieszkania w nory, zas obywatele Lwowa, Wilna i Stanislawowa - w prowincjuszy.

Teraz miasto otoczone jest firmami pogrzebowo-kamieniarskimi, handlujacymi slynnym granitem strzegomskim, eksponujacymi nagrobki róznej wielkosci i "na kazda kieszen". Tylu nagrobków na metr kwadratowy normalnej, urodzajnej ziemi, nie ma nigdzie, przynajmniej w Polsce. Kazda droga dojazdowa, ale tez doczesna wedrówka konczy sie kamieniem nagrobkowym przy Strzegomiu. A jednak dopiero teraz z miesciny powoli wynosi sie smutek i beznadziejnosc, zapewne wlasnie dzieki granitowym nagrobkom, które przynosza dostatek wspólnocie miejskiej.

Co jeszcze wypadaloby powiedziec o tym miescie? Moze cos madrego, na przyklad, ze Klaudiusz Ptolomeusz (100-168 r.) umiescil wsród swoich map miejscowosc Stragona, i ze tylko dwa polskie miasta zaistnialy w ten sposób w czasach starozytnych? A moze opisac kosciól sw. Piotra i Pawla w którym juz w 1318 roku odprawiano nabozenstwa, a nazwany przez Ojca Swietego Jana Pawla II Mala Bazylika? Wtedy tez wypadaloby wspomniec najstarszy w Polsce zabytek synagogalny z XIV wieku. Tylko, ze juz go nie ma. Przebudowano go na kosciól sw. Barbary, kiedy w1454 roku, przegoniono Zydów z miasta.

Nie potrafie sobie ani moim dobrym znajomym - którzy czasami lubia posluchac o tym miescie - wytlumaczyc, dlaczego nosze te ziemie i to miasteczko gleboko w sercu i obdarzam je beznadziejna, gleboka miloscia. Miloscia, moze nawet wieksza niz uczucie Olgi Tokarczuk do swojej Nowej Rudy, które pozwala pisarce uwazac to biedne i skromne miasto na Dolnym Slasku za piekniejsze od Wenecji. Kto wie, moze moje uczucie bierze sie stad, ze po lapance w 1968 roku przez ponad dwadziescia lat zabroniono mi patrzec na krajobraz dziecinstwa? A moze zaznalem tam wiele dobra i ciepla, którego potem nigdzie na swiecie nie moglem - w takim stopniu - doswiadczyc? Chocby dlatego, ze nauczyciele polscy w naszej szkole glaskali nas, male jeszcze dzieci Holocaustu, po glówkach i zamiast trójki z plusem dostawalismy czwórki? Wyrastalem tam wsród ludzi wygnanych, dotknietych zlem ogromnym, ludzi z Kresów Wschodnich i Galicji; Zydów i Polaków, którzy stracili w swoim zyciu wszystko oprócz zycia. Utracili swoje krajobrazy, pola i wierzby, rzeki, miasta i miasteczka, z których z pewnoscia nie chcieli sie rozstawac do konca swoich dni. Choc przeciez sa w swiecie miasta, które chcialoby sie opuscic. A jednak oni znalezli sie na innej ziemi, w malym miasteczku, w którym zlo - pomimo ruin - bylo niezauwazalne, a juz na pewno w codziennosci swojej mniej widoczne. Bylo tu wiecej zyczliwosci niz brudu, wiecej spokoju niz trwogi.

Po Kielcach 1946

Spolecznosc zydowska miasta miala tez wiele obaw, zwlaszcza po 4 lipca 1946 roku, gdy w Kielcach - sposród 150 osiadlych tam Zydów postrzelono lub pobito 42 osoby, które w nastepstwie obrazen zmarly, zas 40 zostalo zranionych. Wtedy, Zydzi na calym Dolnym Slasku zaczeli po cichu, pomiedzy soba mówic o tym, ze trzeba jechac gdzies dalej. Problem byl tylko jeden - dokad? Izrael dopiero powstawal i jedynie z trudem, przez radiostacje Kol Israel nadajaca w jezyku jidisz, mozna bylo odebrac w Strzegomiu informacje o tym, co sie tam dzieje. Trzeba bylo tylko miec dobre radio. Mimo tego, jeszcze przez wiele lat Zydzi i Polacy nie wyjezdzali z miasta i zyli ze swoimi sasiadami w szacunku i zgodzie. I w Strzegomiu nikt nie zginal, chociaz w tym malym miasteczku po wojnie bylo dziesiec razy wiecej Zydów niz w Kielcach.

Chociaz los, lub tylko general Moczar, rzucil mnie o prawie dwa tysiace kilometrów od Strzegomia, to mysle o nim coraz czesciej. W moim pieknym domu pod Sztokholmem posadzilem w ogrodzie porzeczki i agrest, magnolia tutaj, na pólnocy, nie bardzo moglaby kwitnac, ale dwie czeresnie rosna pieknie. Kiedy juz wszyscy spia, zagladam teraz coraz czesciej do Internetu, szukajac chocby wirtualnie krajobrazów dziecinstwa. I chce sobie zachowac prawo jezdzenia do Strzegomia, jak dlugo bede mial sily prowadzic samochód przez dziesiec godzin - z promu w Gdansku, w strone Wroclawia przez Bydgoszcz, Konin, i Kalisz . Nie mam tam juz nikogo ze znajomych, z nikim nie mam powodu, ani obowiazku, rozmawiac. Nic nie zalatwiam, nie zakladam zadnej fundacji, nie buduje wielopietrowego budynku z apartamentami, jako centrum kultury zydowskiej, nie próbuje odebrac mienia, ani szukac pianina mojej matki - a jednak musze tam byc, chociaz od czasu do czasu. Objezdzam miasto, zagladam do starego kina Muza, w którego drzwiach sa te same dwie dziury, przez które ogladalismy film, gdy nie mielismy trzech i pól zlotego na bilet. Patrze na te same topole - dwadziescia pieknych, wysokich drzew - na swój dom i na Góre Krzyzowa. Potem jade zobaczyc kapielisko, nad którym stalo ponad piecdziesiat lip. W ich cieniu, a lata bywaly czasem bardzo gorace, siadali moi rodzice i przygotowywali piknik. Spogladam na cudne aleje rózane wokól dwóch basenów i zagladam do fabryczki mebli, w której pracowal mój ojciec. Potem przysiadam na Rynku przy Ratuszu. Nikogo nie szukam, nikogo nie zaczepiam. Chce byc sam na sam z miastem, z ludzmi, z którymi nie rozmawiam, ale którzy, pomimo bolesnej niemal, obcosci sa mi bliscy. Wszystko to trwa mniej niz godzine - na wiecej nie starcza mi sil. Cale miasto mozna objechac w ciagu pieciu minut. Wracam potem do Szwecji, zatrzymujac sie tylko na cmentarzu zydowskim we Wroclawiu. Pochowana jest na nim moja matka, która zmarla w wielu 49 lat. Mój madry ojciec Grzegorz Kantor w lipcu 1968 roku postanowil pochowac ja we Wroclawiu, a nie w malym sztetlu na Dolnym Slasku. Sztetl juz od lat nie istnieje, bo wszyscy Zydzi dawno z niego wyjechali. Znajda sie przeciez zawsze takie miasta, z których trzeba koniecznie wyjechac.

Istnieje jeszcze w Strzegomiu cmentarz zydowski. Wiekszosc macew jest przewrócona, ale kilka nagrobków jeszcze stoi. Jeden z nich jest nawet czysty i zadbany, ktos przysyla pieniadze z USA a polska rodzina opiekuje sie grobem niejakiego Pinchasa, który urodzil sie w 1872, a zmarl w 1946 roku. Powoli dochodze do siebie w samochodzie, pedzac przez cala niemal Polske do Gdanska. Im dalej od Strzegomia, tym jest mi lzej na sercu. Dopiero gdzies w okolicach Tczewa wracam do normalnego stanu ducha.

Ojciec oddal paszporty

Po Pogromie Kieleckim strach padl na miasteczko a ojciec na noc zaczal ryglowac drzwi dodatkowo zelazna sztaba. Matka plakala jeszcze glosniej, najdluzej w soboty, zalac sie na ojca, który ja przywiózl tu z Charkowa. Chlipiac, mówila, ze moze lepiej trzeba bylo jechac do Australii lub Kanady, bo dalej od Strzegomia juz nie bylo mozna. Kiedys ojciec przyniósl do domu paszporty do Izraela, ale matka zaczela szlochac jeszcze glosniej. Przez lzy i szloch dobiegaly slowa, ze nigdy w zyciu nie zobaczy Charkowa. Ojciec oddal paszporty.

Pan radca Raczynski ubrany w elegancka, troche przydluga marynarke, przychodzil do nas w niedziele wieczorem. Siadali z ojcem przy radiu i sluchali Wolnej Europy, a potem szeptali cos po cichu. Ojciec nie chcial, zebym cos slyszal, dlatego stale odganial mnie od radia. Pan Raczynski pracowal jako stróz w fabryczce mebli, przed wojna byl prawnikiem, w czasie wojny - oficerem AK. Zazwyczaj przychodzil do nas, gdy w Strzegomiu cos sie dzialo: brakowalo chleba, wprowadzono jedzenie na kartki, zmarl Józef Stalin, albo zmieniano nazwy niektórych ulic. Radca Raczynski uwazal, ze ukryje i przechowa sie latwiej w malym miasteczku, bo do najblizszej komendy UB w Swidnicy bylo az 18 kilometrów. Pewnego dnia ojciec poszedl do prezesa spóldzielni, poprosic, by radce przeniesiono do dzialu ksiegowosci. Nie uchodzilo przeciez, by przedwojenny prawnik w eleganckiej marynarce czy adwokat byl strózem. Prezes zgodzil sie tylko dlatego, ze nikt inny oprócz mojego ojca, po wojnie, w Strzegomiu nie potrafil przewinac rotor motoru elektrycznego. A motory w fabryczce mebli palily sie pare razy w miesiacu, bo praca odbywala sie na dwie zmiany.

Kiedys, w czwartej klasie szkoly podstawowej TPD podnioslem reke i powiedzialem naszej pani nauczycielce od jezyka polskiego, pani Jaskulskiej i calej klasie, ze wiem, dlaczego w Polsce nie ma miesa. Zapytala: "Kantorek, dlaczego?" Odpowiedzialem, ze dlatego, bo w Polsce jest Swinoujscie, a tam jest duzo rosyjskich statków. "A skad to wiesz?" - padlo kolejne pytanie. "A bo mój tata i pan Raczynski sluchaja Radia Wolna Europa i tam tak mówia" - odpowiedzialem. Pani Jaskulska nie poszla na UB, tylko poprosila mojego ojca na rozmowe. Ojciec przestrzegl mnie pózniej, zebym nigdy o tym nie mówil, bo za to idzie sie do wiezienia.

Dla chlopaków Strzegom byl marzeniem, pelno tu bylo pordzewialych karabinów, mnóstwo gruzów do zabawy w wojne, podchody lub chowanego. Przepiekne baseny, ogromne parki z kasztanami, ogródki dzialkowe, zapraszaly latem do kradziezy jablek papierówek, wisni, czeresni, sliwek, moreli i brzoskwin. Zadbane boiska i korty tenisowe, pachnaca cukiernia "Roma", a po jej zamknieciu cukiernia, która istnieje do dzis - Chabierskich, przy ulicy Koscielnej, w której wypilem pierwsza w zyciu kawe.

Dzieci polskie bawily sie z zydowskimi. Jedynie dwie dziewczynki niemieckie staly zawsze obok, patrzyly na nas, przygladaly sie zabawom z pewnej odleglosci i obawialy sie do nas podejsc. My ich nie odtracalismy, ale i nie zapraszalismy do zabawy. Ich mloda matka postradala zmysly, kiedy dowiedziala sie, ze jej maz zginal na froncie. Nie potrafila mówic, belkotala cos pod nosem, chodzila przez okragly rok w uzywanym futrze i czapce, zbierala ogryzki, resztki chleba i pakowala do torebek - miala ich zawsze sporo przy sobie. Miala na imie Lusia, a my przezywalismy ja "Lusia-wariatka". Zarabiala na utrzymanie myjac podlogi w polskich i zydowskich domach. Ktos opowiadal, ze zostala zgwalcona przez rosyjskich zolnierzy. Musiala byc piekna, wysoka, smukla kobieta, która swoja urode i pieknosc zachowala jeszcze po wojnie, chociaz jej wzrok przypominal spojrzenie póldzikiego kota.

Sa takie miasta na swiecie, z których nikt nie chce wyjechac, chociaz musi. Niemcy opuszczali Striegau przez kilka kolejnych lat po wojnie, jechali malymi wózkami na dworzec oddalony trzy kilometry od centrum miasta. Zostalo ich niewielu, miedzy innymi ta Lusia i jej dwie córki. Niedawno odszukalem jedna z dziewczynek, których matka nie byla w stanie zapakowac swoich rzeczy i pójsc wtedy na dworzec. Chcialem zaprosic ja na kawe w kawiarni u Chabierskich i przeprosic za te niechec do nich wtedy, kiedy chcialy do nas podejsc. Jej mlodsza siostra wyjechala do Niemiec. A ona mówi teraz, ze jest Polka i nie ma nic wspólnego z Niemcami.

Na co czapki w Izraelu

Zydzi zaczeli sie szykowac do wyjazdu po "wypadkach kieleckich". Zaczeli wyjezdzac po smierci Stalina w 1953 roku, poniewaz bylo latwiej o paszport. Potem - po 1956 równiez. Na poczatku lat 60. mieszkalo w Strzegomiu juz tylko kilkanascie rodzin zydowskich. Bylem przerazony, ze zostane sam, a moich kolegów juz nigdy nie zobacze. Moi polscy koledzy mieli fajniejsze zycie, bylo ich wiecej. Na Boze Narodzenie mieli choinke, która mi oddawali po Trzech Królach. Zawieszalem tam jakies jablko i troche kolorowoch papierków, bo ani jednej prawdziwej bombki u nas w domu nie bylo. Koledzy Rysiek Nowinski i Rysiek Woznica z siostra Krysia kazali mi czekac w oknie jak wracali z Pasterki. Rzucili sniezka w okno i powiedzielismy sobie "hej". Tak malo i tak duzo zarazem. Potem "doroslismy" i rozjechalismy sie po szkolach i internatach.

W 1968 roku w miescie byly tylko cztery rodziny zydowskie. Wyrzucony z pracy po Marcu 1968, z uczelni w Opolu - gdzie stalem sie "zwierzyna lowna" - pakowalem sie do wyjazdu w Lodzi, gdzie mieszkala moja zona. Pojechalem pozegnac sie ze Strzegomiem. Nie bylem tam od dziesieciu lat, bo rodzice mieszkali potem w Swidnicy. Obszedlem miasto, pograzony w straszliwym smutku, wszedlem do pracowni czapnika Samuela Ledermana i zapytalem go, dlaczego nie wyjezdza. Odpowiedzial, ze ma zone Polke i boi sie, jak ona moglaby zostac przyjeta w Izraelu. Potem powiedzial do mnie: "Ja panu cos powiem. Ja tylko umiem szyc czapki, a kto potrzebuje czapek w Izraelu? Mam tez nowy rower, niech pan popatrzy jakie tu sa szprychy. Slyszalem, ze celnicy wyrzucaja z bagazu wszystkie nowe rzeczy". Spojrzal na mnie smutnym wzrokiem. Wyszedlem i poszedlem na stacje kolejowa.

Nie bylem w Polsce przez dwadziescia lat. Nie wpuszczano mnie. Przyjechalem dopiero w 1989 roku, jak skreslono mnie z "czarnej listy wrogów PRL". Pojechalem do Strzegomia. Byl koniec maja, ani jednego samochodu na drodze, bo benzyna byla na kartki. Zatrzymalem sie przy wjezdzie do miasta, rozpoznalem Góre Krzyzowa i tych dwadziescia wysokich topoli, ale nie mialem sily tam wjechac. Otworzylem drzwi od samochodu, wlaczylem radio na caly prawie glos, zeby rozproszyc smutek pomieszany z zalem za czyms, czego sam nie umialem okreslic. Posiedzialem w rowie wsród tych samych maków i chabrów, które w 1946 roku przywitaly moich rodziców i troche uratowanych z wojny dzieci Holocaustu. Pomyslalem, ze oddam w ten sposó hold tej ziemi, która wtedy mnie przyjela i przyjade za rok, rozkladajac na raty niezrozumialy, sciskajacy gardlo, straszliwy ból.

Sa miasta na swiecie, z których nalezy zawsze wyjezdzac.
Sa miasta, w których mieszkamy, ale jestesmy w nich nieobecni.
Sa miasta, w których stale jestesmy, mimo ze juz od dawna w nich nie mieszkamy. Do nich nalezy Strzegom, 56 kilometrów na poludnie od Wroclawia.

*** Leo Leszek Kantor (ur. 1940) - slawista, usuniety po Marcu '68 z pracy w Wyzszej Szkole Pedagogicznej w Opolu, publicysta. W latach 1970-2005 zwiazany z Uniwersytetem Sztokholmskim. Od 1990 r. szef Miedzynarodowego Forum Kultury w Szwecji, od 1999 dyrektor Miedzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych "Czlowiek w swiecie", od 2005 szef kolegium polsko-szwedzkiego kwartalnika "Suecia-Polonia". Mieszka pod Sztokholmem





Kalendarium


  

 


Internationellt kulturforum & Immigranternas centralförbund (ICF) | Box 500 61 | 104 05 Stockholm
Tel: 08-756 67 28 | Fax: 08-732 39 39 | icf@interkulturforum.org